Włóczykij Kaczkowska: sierpnia 2016

#another "Fotografowanie chrztów"









Po ostatnim wpisie Wasza aktywność wzrosła o milion procent!
W życiu nie dostałam tyle komentarzy, prywatnych wiadomości, słów wsparcia. Może faktycznie jest sens pisania tutaj czegoś więcej niż tylko relacji z sesji zdjęciowych?

Dzisiaj będzie o chrztach.




Jeśli ktoś przeczytał uważnie ostatnie #about (klik!), zauważył, że wspomniałam o zawieszeniu fotografowania chrztów.

Decyzja padła po jednym ze zleceń, kiedy to zauważyłam, że nie sprawia mi frajdy, której oczekiwałam. Czułam się zestresowana, wiecznie w biegu i wewnętrznym napięciu.
Ale powoli.

Po dołączeniu do telewizji chciałam próbować nowych rzeczy. Niespodziewanie bardzo polubiłam fotografowanie wydarzeń, łapanie różnych kadrów, zmieniające się oświetlenie i masa emocji. 
Jednak chrzty, to dla mnie ciut inna bajka.






Propozycja pierwszego chrztu wypłynęła z ust mojej kuzynki, której urodziła się córeczka - Emilka. Było to we wrześniu ubiegłego roku. RAWy uratowały jasność i jakość zdjęć, ale autofokus nieco zaszalał (ciemne wnętrza nie ułatwiają zadania nawet najlepszemu sprzętowi, wiem bo próbowałam).
Początki są trudne, więc dajmy sobie czas 
(chociaż nie było źle, stanęłam na wysokości zadania a przynajmniej tak mi się wydaje).










Drugi chrzest uwietrzniłam w obiektywie początkiem stycznia. Jeszcze ciemniej, jeszcze szybciej, jeszcze trudniej. Złapanie ostrości i zdjęcie, to wszystko co w danej chwili mogłam zrobić. 
Po czasie stwierdzam, że dobrze jest przekonać się o kilku stronach zleceń. Nie zawsze mamy do czynienia z białym kościołem i księdzem, który powoli polewa głowę dziecka, dając nam czas na przynajmniej trzy szybkie ujęcia.

Czego nauczył mnie tamten chrzest? Szumy przy wysokim ISO albo dłuższy czas naświetlania i rozmazane ujęcie. Wybór należy do ciebie, ale bez lampy trzeba sobie jakoś radzić. 
A ja lampy mieć nie będę przez jeszcze jakiś czas.









Na trzeci chrzest pojechałam aż do Wielkopolski. Kolejna kuzynka poprosiła mnie o zdjęcia na chrzcie, więc zgodziłam się bez wahania. Jako, że Asia ma swój aparat, miałam możliwość przetestowania pełnej klatki od Nikona (dokładniej mówiąc modelu d610) z moim obiektywem 50mm. 

Tym razem końcówka czerwca, słońce rozświetliło wnętrze kościoła a pełnoklatkowe body dało więcej luzu i miejsca 
(50 inaczej wygląda na cropie a inaczej na pełnej klatce).
Zdjęcia wyszły ogromne, ale ich obrabianie było czystą przyjemnością. 
Mówię to, ale na swojego d7000 staram się nie narzekać bo dobrze mi dziecko służy i robi robotę ;)











Czwarty i ostatni jak do tej pory chrzest robiłam małej Zosi. Początek sierpnia zapowiadał słońce, ale przywitał mnie deszczem, co nie przeszkodziło w wykonywaniu zdjęć. 
Kościół jasny, lekko żółty, ale temperatura barwowa szybko dała się zmienić (dobre ustawienia czynią cuda!)

Tym razem ksiądz nie śpieszył się z ceremonią, więc było kilka sekund na wyostrzenie i zrobienie dobrych ujęć. Chociaż może to też kwestia mojego doświadczenia, tego nie wiem.
Miałam też wolną przestrzeń wokół siebie, przed kościelnym filarem, więc bez problemu mogłam zmienić pozycję nie rzucając się w oczy wszystkich dookoła.










Chrzty to bardzo piękne momenty, które za każdym razem pokazują mi, jak ważny jest etap dołączenia dziecka do wspólnoty Kościoła. Sama niejednokrotnie uśmiechałam się do siebie w trakcie wykonywania tych zdjęć (pomiędzy miną symbolizującą skupienie i strach rzecz jasna).

Poprzez fotografowanie tak ważnej chwili odkryłam jego powagę. Będąc blisko najważniejszych etapów chrztu (dosłownie), poznałam ile kryje się za tym prawdziwego, subtelnego piękna. 
Przede wszystkim kryje się za tym Bóg, co można poczuć stojąc nieopodal rodziców, chrzestnych i księdza.






Aktualna przerwa jest chwilowa, na razie postanowiłam wykonywać zdjęcia na chrzcie tylko rodzinie i bliskim znajomym, co mam nadzieję pozwoli mi podejść do tego z większym luzem. 
Patrząc na moje dotychczasowe, reportażowe poczynania, mogę jedynie stwierdzić, że szybko się rozwijam. Na uwietrznianie ślubów i wesel przyjdzie jeszcze czas, ale kto wie, może coś z tego będzie :)

Fotografia jest dla mnie pasją. Wyrażam nią siebie, piszę własne historie.
Nie jestem gotowa na zamienienie jej w pracę, co przekłada się między innymi na przewagę sesji TFP nad zleceniami. Możecie się domyślać ceny, jaką za to płacę, ale nie o tym dzisiaj.

Nie lubię też presji ciągłego rozwoju, wiecznie niezadowolonego głosu z tyłu głowy. Dała mi ona o sobie znać jakiś czas temu, o czym przygotowuję pogadankę, ale musi dojrzeć do czasu publikacji 
(jak dobre wino czy jakoś tak)



Nie wiem jaki typ fotografii będzie wiódł prym w moim portfolio. Mam nadzieję, że niedługo się przekonam, ale na razie po prostu daję sobie czas na poszukiwania.
Trzymajcie się ciepło.



Włóczykij Kaczkowska.

#about "Nierealne marzenia, włóczykijstwo i poezja, czyli Kaczkowska w pełnej krasie"







"Lecz, niestety, poza mną samym nie było nikogo, kto by uważał, że jestem interesujący."

Tove Jansson - "Pamiętniki tatusia Muminka"










Niecodzienny post z serii #about. Będzie o mnie. 
Radzę wziąć głęboki wdech i przygotować odrobinę empatii w zanadrzu. 
Będzie nudno, ostrzegam :)




Marzenia, ich realizacja i nierealne cele

Mam pewien sekret. Nigdy nie jestem z siebie w 100% zadowolona. Jestem wybredna i wciąż pragnę uczyć się nowych rzeczy.  Mam nierealne cele, plany i dużo marzeń, które pozostają znane tylko mi. Ich poziom sięga (na prawdę) bardzo odległych, nierealnych miejsc.
Wiecie dlaczego?

Kiedyś potrzebowałam częstszych i zarazem dłuższych przerw w fotografowaniu (nie żebym teraz ich w ogóle nie potrzebowała). Można to zauważyć na przestrzeni lat w poście o moich fotograficznych początkach (klik!).
Czerpię jednak motywację z własnego wnętrza i wizji stawania się lepszą wobec samej siebie. Żyję teraźniejszością, ale jestem otwarta na to, co przyniesie czas. Działam, aby móc kiedyś poznać scenariusz Reżysera wobec mnie.

Bardzo rzadko porównuję się z kimkolwiek, oszczędza mi to mnóstwo czasu, zapału i przede wszystkim unikam dziwnego rodzaju presji, walki. Zdarzają się gorsze dni, chwile totalnego bałaganu w głowie, ale tak już jest. Najczęściej bolą głupoty, małe upadki.
Realizacja swoich marzeń wymaga czasu i wytrwałości, nic nie przychodzi łatwo.

Za zdjęciami kryją się godziny siedzenia przed komputerem, czytania, ćwiczeń, dźwigania sprzętu przez pół miasta, zakwasów i odcisków na stopach. Potrzeba do tego również dobrych współpracowników. Ale warto.










"Włóczykijstwo" i własny świat


Przed chwilą wspomniałam o motywacji. Teraz czas na coś bardziej melancholijnego.

Na jesień prawdopodobnie zniknę. Sesji będzie mniej, chwilowy zastój weźmie górę. Spadnie mi poziom chęci na robienie zdjęć i wcale nie będzie to dziwne. Nie dla mnie.
Znam siebie w wystarczającym stopniu, aby wiedzieć, że jestem formą Włóczykija (tak, tego z Muminków). Na jesień odchodzę, na wiosnę wracam. W tym czasie zbieram siły, szukam nowych sposobów obróbki, dużo piszę i myślę.
Lub po prostu zapadam w sen zimowy, to też jakaś forma rozwoju i odpoczynku (taki nieśmieszny żarcik Kaczkowskiej!)





Jeśli już gdzieś wyjadę (w którymkolwiek miesiącu w roku), zakochuję się w miejscach, chłonę je.

Tak na przykład, odwiedziłam stolicę ponad dwa lata temu, a do tej pory pamiętam kilka miejsc, które wzbudziły we mnie ogromny podziw. Wiem, jak wysiąść z metra, żeby tam trafić, chociaż pewnie zgubiłabym się wsiadając na samym początku.
Poznań pokochałam za pastelową architekturę kamienniczek i bocznych ulic. Uwielbiam też Krakowskie uliczki, chociaż to miasto w całości jakoś średnio mnie urzekło.

Jestem też wielką fanką nieba i zachodów słońca. Tworzę własny świat, w którym poszukuję piękna, prostoty i do którego mało kto ma dostęp.
(z tego miejsca ogromny uścisk dla M. za inspirację, którą mnie ostatnio obdarzyłaś)









Poezja


Teraz jedna z trudniejszych części do opowiedzenia.

Moje "pisarskie" początki sięgają podstawówki. Nie zdobywałam żadnych wyróżnień, ale pokochałam tę formę wyrażania siebie, swoich emocji. Ponoć najlepsze wiersze powstają w najgorszych momentach i w pełni się z tym zgadzam, do wesołych muszę chyba jeszcze trochę dojrzeć.

W gimnazjum pisałam bloga z opowiadaniem o nazwie "Error". Nazwa nieprzypadkowa, ale nie czas na takie opowieści. Jeśli ktoś to jeszcze pamięta to w tym momencie przesyłam mu szeroki uśmiech. Robiłam to bo potrzebowałam, żeby ktoś mnie zrozumiał, polubił mnie taką jaką jestem.

Potem odkryłam swoje nowe zainteresowanie - czytanie poezji. Zainspirowana tworzyłam coraz więcej i coraz lepiej, z resztą robię to nadal. Zaniedbałam nieco tę część ze względu na fotografię, makijaż, ale to nie oznacza, że z niej zrezygnowałam.


Kilka osób, które czytały moje wypociny mówi, że są dobre i nie pomyśłałoby, że ja to pisałam. Osobiście mam kosz na śmieci i jestem wobec siebie maksymalnie krytyczna, więc dużo bazgrolę, ale raczej mało z tego widzi ktokolwiek. Mam tak ze wszystkim, również z fotografią.
Morał znaleziony: nie potrzebuję hejterów, sama sobie nim jestem (żart numer dwa, równie nieśmieszny!)










Na zdjęciach Kaczkowska we własnej osobie, pstrykała niezawodna Kamila.



Na dzisiaj to już koniec. Jeśli podobał Wam się ten post, koniecznie dajcie mi znać bo przed jego publikacją biłam się z myślami czy warto, czy ktoś zrozumie, czy ktoś przeczyta. Zawsze tak mam, ale kiedy chodzi o coś bardziej osobistego, jest jeszcze trudniej.
Właśnie poznaliście mnie kilka procent więcej, ale to wciąż tylko cząstka. Mam nadzieję, że ktoś znalazł i wyniósł z tego coś dla siebie. 

Nie jestem chodzącą motywacją, moje "fotograficzne doły" są coraz głębsze, adekwatnie do poziomu zdjęć.

Jak na razie rezygnuję z fotografowania chrztów. Plenery, naturalne światło, to jest to co ma u mnie pierwsze miejsce. Może za jakiś czas się to zmieni. Nie chcę poświęcać swojej pasji i zamieniać ją tylko w pracę. To moje życie, coś co pozwoliło mi zaakceptować siebie.


Dobra, kończę.


#photoshoot "Lady in the water" - Ania Suwała


9 sierpnia 2016









Sesja z Anią jest dla mnie wyjątkowa. Była ona jedną z pierwszych modelek, które kojarzyłam z "internetów" na początku mojej fotograficznej przygody. Nie dorównywałam do pięt fotografkom, z którymi chodziła na sesje.
Kilka lat minęło. Szmat czasu, ale marzenie to marzenie. Spełniło się w najbardziej nieoczekiwanym momencie :)

Ania to przemiła dziewczyna, bardzo ciepła i otwarta. Nasza współpraca była spontaniczna, ale jednocześnie bardzo konkretna. Najpierw sesja w wannie, potem kilka zdjęć na targowicy. Uwielbiam modelki z takim sposobem pozowania, specyficznym, ostrym spojrzeniem, które pokazują swoje zaangażowanie w sesję.

Jest to też jedna z pierwszych sesji, które mają tyle czarno-białych ujęć. Chyba w końcu nauczyłam się je robić, ale zobaczymy co przyniesie czas :)



modelka: Anna Suwała
zdjęcia: Małgorzata Kaczkowska
(Facebook fanpage - klik!)





























#photoshoot "Roller skates" - Paulina Waląg


8 sierpnia 2016







Ahh, co to była za sesja!

Po ostatnim trudnym tygodniu, przyszedł czas na sesję z Pauliną. Nie będzie to zbyt obiektywna opinia, ale wybaczcie, na prawdę lubię współpracować z tą panią :)

Już od naszej ostatniej sesji (klik!) Paulina zaproponowała, żebyśmy poszukały wrotek i podziałały znowu. Był z nimi problem, który rozwiązała niezawodna Kasia! To od niej pochodziła również piłka do koszykówki. 

Sesja odbyła się w Krośnie, w strasznym upale. Obie z modelką byłyśmy umordowane, ale bardzo szczęśliwe. Nawet kilka niemiłych komentarzy w trakcie sesji nie zepsuło nam humorów, zapomniałyśmy o tym zaraz po ujrzeniu pierwszych efektów.

A teraz, zapraszam do obejrzenia zdjęć!




modelka: Paulina Waląg
(blog Pauliny!)
zdjęcia&makijaż: Małgorzata Kaczkowska
wrotki: Katarzyna Zych














































Backstage
czyli, żeby nie było, że to wszystko jest takie łatwe ;)










#photoshoot "Sun after the rain" - Angela Wilusz


27 lipca 2016









Sesja z Angelą wypada nieco ponad rok odkąd pierwszy raz razem współpracowałyśmy.
Jak zwykle przekładałyśmy ją kilka razy bo pogoda się zmieniała lub nie było wystarczająco dużo czasu.

Przed ten rok ja nabrałam doświadczenia, zarówno w malowaniu, jak i w wykonywaniu zdjęć a Angela zapamiętała moje wskazówki w kwestii pozowania. Nasza współpraca była dużo pewniejsza i zdecydowanie szybsza.
Zawdzięczamy to również pogodzie, ponieważ w trakcie makijażu rozpadał się deszcz i zmieniłyśmy szybko miejsce sesji na ogród za moim domem. Mój tata nie poznał go na zdjęciach, więc chyba wypadł bardzo dobrze :)



modelka: Angela Wilusz
zdjęcia&makijaż: Małgorzata Kaczkowska
(Facebook fanpage - klik!)