Włóczykij Kaczkowska: Historie: "Fotografowanie chrztów"

Historie: "Fotografowanie chrztów"









Po ostatnim wpisie Wasza aktywność wzrosła o milion procent!
W życiu nie dostałam tyle komentarzy, prywatnych wiadomości, słów wsparcia. Może faktycznie jest sens pisania tutaj czegoś więcej niż tylko relacji z sesji zdjęciowych?

Dzisiaj będzie o chrztach.




Jeśli ktoś przeczytał uważnie ostatnie #about (klik!), zauważył, że wspomniałam o zawieszeniu fotografowania chrztów.

Decyzja padła po jednym ze zleceń, kiedy to zauważyłam, że nie sprawia mi frajdy, której oczekiwałam. Czułam się zestresowana, wiecznie w biegu i wewnętrznym napięciu.
Ale powoli.

Po dołączeniu do telewizji chciałam próbować nowych rzeczy. Niespodziewanie bardzo polubiłam fotografowanie wydarzeń, łapanie różnych kadrów, zmieniające się oświetlenie i masa emocji. 
Jednak chrzty, to dla mnie ciut inna bajka.






Propozycja pierwszego chrztu wypłynęła z ust mojej kuzynki, której urodziła się córeczka - Emilka. Było to we wrześniu ubiegłego roku. RAWy uratowały jasność i jakość zdjęć, ale autofokus nieco zaszalał (ciemne wnętrza nie ułatwiają zadania nawet najlepszemu sprzętowi, wiem bo próbowałam).
Początki są trudne, więc dajmy sobie czas 
(chociaż nie było źle, stanęłam na wysokości zadania a przynajmniej tak mi się wydaje).










Drugi chrzest uwietrzniłam w obiektywie początkiem stycznia. Jeszcze ciemniej, jeszcze szybciej, jeszcze trudniej. Złapanie ostrości i zdjęcie, to wszystko co w danej chwili mogłam zrobić. 
Po czasie stwierdzam, że dobrze jest przekonać się o kilku stronach zleceń. Nie zawsze mamy do czynienia z białym kościołem i księdzem, który powoli polewa głowę dziecka, dając nam czas na przynajmniej trzy szybkie ujęcia.

Czego nauczył mnie tamten chrzest? Szumy przy wysokim ISO albo dłuższy czas naświetlania i rozmazane ujęcie. Wybór należy do ciebie, ale bez lampy trzeba sobie jakoś radzić. 
A ja lampy mieć nie będę przez jeszcze jakiś czas.









Na trzeci chrzest pojechałam aż do Wielkopolski. Kolejna kuzynka poprosiła mnie o zdjęcia na chrzcie, więc zgodziłam się bez wahania. Jako, że Asia ma swój aparat, miałam możliwość przetestowania pełnej klatki od Nikona (dokładniej mówiąc modelu d610) z moim obiektywem 50mm. 

Tym razem końcówka czerwca, słońce rozświetliło wnętrze kościoła a pełnoklatkowe body dało więcej luzu i miejsca 
(50 inaczej wygląda na cropie a inaczej na pełnej klatce).
Zdjęcia wyszły ogromne, ale ich obrabianie było czystą przyjemnością. 
Mówię to, ale na swojego d7000 staram się nie narzekać bo dobrze mi dziecko służy i robi robotę ;)











Czwarty i ostatni jak do tej pory chrzest robiłam małej Zosi. Początek sierpnia zapowiadał słońce, ale przywitał mnie deszczem, co nie przeszkodziło w wykonywaniu zdjęć. 
Kościół jasny, lekko żółty, ale temperatura barwowa szybko dała się zmienić (dobre ustawienia czynią cuda!)

Tym razem ksiądz nie śpieszył się z ceremonią, więc było kilka sekund na wyostrzenie i zrobienie dobrych ujęć. Chociaż może to też kwestia mojego doświadczenia, tego nie wiem.
Miałam też wolną przestrzeń wokół siebie, przed kościelnym filarem, więc bez problemu mogłam zmienić pozycję nie rzucając się w oczy wszystkich dookoła.










Chrzty to bardzo piękne momenty, które za każdym razem pokazują mi, jak ważny jest etap dołączenia dziecka do wspólnoty Kościoła. Sama niejednokrotnie uśmiechałam się do siebie w trakcie wykonywania tych zdjęć (pomiędzy miną symbolizującą skupienie i strach rzecz jasna).

Poprzez fotografowanie tak ważnej chwili odkryłam jego powagę. Będąc blisko najważniejszych etapów chrztu (dosłownie), poznałam ile kryje się za tym prawdziwego, subtelnego piękna. 
Przede wszystkim kryje się za tym Bóg, co można poczuć stojąc nieopodal rodziców, chrzestnych i księdza.






Aktualna przerwa jest chwilowa, na razie postanowiłam wykonywać zdjęcia na chrzcie tylko rodzinie i bliskim znajomym, co mam nadzieję pozwoli mi podejść do tego z większym luzem. 
Patrząc na moje dotychczasowe, reportażowe poczynania, mogę jedynie stwierdzić, że szybko się rozwijam. Na uwietrznianie ślubów i wesel przyjdzie jeszcze czas, ale kto wie, może coś z tego będzie :)

Fotografia jest dla mnie pasją. Wyrażam nią siebie, piszę własne historie.
Nie jestem gotowa na zamienienie jej w pracę, co przekłada się między innymi na przewagę sesji TFP nad zleceniami. Możecie się domyślać ceny, jaką za to płacę, ale nie o tym dzisiaj.

Nie lubię też presji ciągłego rozwoju, wiecznie niezadowolonego głosu z tyłu głowy. Dała mi ona o sobie znać jakiś czas temu, o czym przygotowuję pogadankę, ale musi dojrzeć do czasu publikacji 
(jak dobre wino czy jakoś tak)



Nie wiem jaki typ fotografii będzie wiódł prym w moim portfolio. Mam nadzieję, że niedługo się przekonam, ale na razie po prostu daję sobie czas na poszukiwania.
Trzymajcie się ciepło.



Włóczykij Kaczkowska.

2 komentarze:

  1. Mam za sobą tylko jeden 'fotograficzny' chrzest. To była męka. Zły czas, za mało doświadczenia. nie byłam zadowolona ze zdjęć, bardziej poirytowana moją klęską. :( Głównie chodziło chyba o to, że miałam za mało odwagi by wepchnąć się między ludzi i zrobić dobre ujęcie. Ciasna duża ilość osób przepychających się, żeby więcej zobaczyć. I ja w tym wszystkim, przerażona, załamana, zniechęcona. :( Każda nowa sytuacja, czegoś uczy. Wiem jednak, że tysiąc razy bardziej wolę luźne sesje, pracę nad przemyślanym kadrem lub przyłapany spontaniczny uśmiech. Kadry, które MUSZĄ wyjść właściwie dokładnie tej danej sekundy zbyt mnie jeszcze obezwładniają. :(
    Ciekawa jestm Twoich kolejnych zdjęć. Podziwiam. <3!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwaga to jedna z cech, których nauczyłam się pracując w telewizji, ale fakt faktem, ciężko się przełamać stojąc w kościele przy ołtarzu. Nie ma się co spieszyć, najważniejsze to znaleźć swój rytm, swoją własną drogę rozwoju i stylu. W tłumie fotografów potrzeba ludzi z pasją a nie goniących za pieniądzem ;)

      Pozdrawiam i życzę powodzenia!

      Usuń