Włóczykij Kaczkowska: października 2016

#about "Nie umiem przyjmować komplementów"







"Wiesz... gdy się jest bardzo smutnym, lubi się zachody słońca..."

Antoine de Saint-Exupéry  "Mały Książę"









Minęło już trochę czasu od wpisu o jesieni.
Nie wspominałam, ale centralnie mnie zamurowało.
Mur. Beton. Kafelki.


Wmawiam sobie, że potrafię przyjmować te wszystkie komplementy. Słowa otuchy. Słowa wsparcia.
Że potrafię być wiecznie opanowana. Że potrafię się otworzyć, dać się poznać. Dać się polubić.

Mój wewnętrzny Włóczykij to nie tylko nieśmiały, nieoswojony zwierz.
To istota melancholijna. Często zbyt poważna. Zbyt głęboka.
Szczęśliwe stworzenie, które zna swoją wartość przed samą sobą. W styczności z otoczeniem prawdopodobnie wychodzi na jaw jego nieśmiałość i nieumiejętność przyjmowania komplementów.


Bo ja komplementów przyjmować nie umiem w ogóle.



#photoshoot "Holiday memories" - Kamila Hawrot


9 lipca 2016






Kamila to jedna z tych osób, które towarzyszą mi od początku fotograficznych poczynań.
To z nią testowałam moją 50tkę, na niej eksperymentowałam pierwsze makijaże oka.
To ona robiła zdjęcia na mój post o włóczykijstwie (klik!) i kilka innych portretów Kaczkowskiej.
Jest moim żywym statywem i towarzyszką podróży. 

Dzisiaj zdjęcia z lipcowej sesji, do której inspiracją była postać Włóczykija.
Nikt nie powinien być zaskoczony.

Taka mała ciekawostka: 
zdjęcia robione były w lipcu a ja już nie mogę patrzeć na swoje własne błędy. 
Czy to znaczy, że się rozwijam?


Wykonane na granicy wsi. 
W koszuli, o złotej godzinie.
Prosto i po naszemu.


modelka: Kamila Hawrot
zdjęcia&makijaż: Małgorzata Kaczkowska
(Facebook fanpage - klik!)






















No i na koniec Włóczykij Kaczkowska!



#photoshoot "Smoke clouds" - Katarzyna Zych



1 października 2016









Z Katarzyną znamy się jak dwa łyse konie. Trudno mi nawet powiedzieć, kiedy dokładnie się poznałyśmy bo było to dawno, dawno temu w dzieciństwie.
Jest to też jedna z moich pierwszych modelek. W moim obiektywie gości niemalże dwa razy w roku, kiedyś odbywało się to jeszcze częściej.

Jak to już z nami bywa, wszystko wyszło spontanicznie. Napisałam, że mam czas i idziemy na zdjęcia. Po kilkunastu minutach wszystko uzgodnione. Takie plusy mieszkania w jednej miejscowości, po jej dwóch końcach.

Miejscem okazało się jezioro pewnego pana z naszej wsi (które nie wychodziło na zdjęciach tak jak tego chciałam). Później przeniosłyśmy się na leżące kilkanaście metrów dalej krzaki.
Moje ulubione kulki dymne były dla Katarzyny nowością, ale poradziła sobie (serio!) bardzo bardzo dobrze. Poparzenia nie było a to najważniejsze!

Na dole krótkie przypomnienie naszych współprac, trochę mi się zmienia technika a Kasia nabiera pewności przed obiektywem. A więc pierwsza jesienna sesja za mną. 



modelka: Katarzyna Zych
zdjęcia: Małgorzata Kaczkowska
(Facebook fanpage - klik!)









































Nasze wcześniejsze sesje zdjęciowe:



#about "Ja tam sobie tylko pstrykam"








"I nie urodziłem się wielkim, potężnym dębem, gonną olchą. I nie urodziłem się niczym innym, tylko tym, czym jestem. I nie urodziłem się z pozorami. 
Tylko z nerwami. 
Z nerwami tuż pod cieniutką skórką."

Edward Stachura








Zaczynam dostrzegać ogromną zmianę, od kiedy zaczęłam pisać serię #about.
To chyba dobrze.
Nieco bardziej akceptuję siebie i nie myślę o sobie jako o totalnym dziwaku, którego nikt w życiu nie zrozumie.
Którego nikt nie potrzyma za rękę.


Dzisiaj po raz kolejny totalnie szczerze i spontanicznie. Żeby nie było, że u mnie wszystko jest zawsze tak idealnie zaplanowane.
Bo nie jest.





Moje fotograficzne poczynania w tym roku osiągnęły bardzo dziwny dla mnie poziom. 
Fotografuję za dużo - nie jest dobrze.
Organizm odmawia posłuszeństwa, skóra pokazuje nowych nieprzyjaciół i zaczynam tracić głos. Coroczne zapalenie krtani przychodzi zaraz po poście o ukochanej jesieni.
Kolana bolą, oczy pieką. Wtedy wiem, że trzeba odpocząć. 
Natychmiastowo.

Fotografuję za mało - potrzebuję trzymać w ręce aparat, wyczekuję najbliższej chwili na zdjęcia, jestem nerwowa, że nie mam jak się wyżyć fotograficznie.
Nie wiem z czego się to bierze. Może chodzi o fakt, że robienie zdjęć to moja pasja, coś co mnie wyraża.
Nie wiem.





Ostatnimi czasy dostaję bardzo wiele opinii, że moje zdjęcia piszą jakąś historię.
Że mają duszę, własny styl.
Że są charakterystyczne.


Tak na prawdę, to ja sobie tak tylko czasem pstrykam.
Serio.

Często bardzo nieplanowanie zdjęcia osiągają "sukces", stają się "rozpoznawalne", inni fotografowie je doceniają. Tak było między innymi z sesją "indiańską" (klik!).

Czasem umówiony temat jest bardzo ogólny, często niespójny, ale zaufanie do modelki mnie nie zawodzi i zdjęcia same się robią. Same się pstrykają. Same piszą własną historię.
Ja tylko uwieczniam je w obiektywie aparatu.

Brzmi to strasznie i dla mnie samej, nierealnie.
Ale ja tak to odczuwam.









Bo to co robię to moja wariacja, to co siedzi mi w głowie. Nie wzoruję się na nikim, najzwyczajniej w świecie ćwiczę, próbuję, eksperymentuję. Chodzę z aparatem i pstrykam.
Tylko pstrykam.

Wychodzi albo nie wychodzi. Małe zwycięstwo albo nauka na przyszłość.
Nic nie jest przypadkiem. Nic nie dzieje się bez celu.

Wszystkie zdjęcia, które oglądacie to moje upadki i wzloty. To, co mam w głowie i to, co widzę przez wizjer aparatu. Nie piszę historii zdjęć, ona sama tworzy się w moim sercu i we mnie.
Często to modelki wpisują mnie do planu wydarzeń swojej własnej opowieści, swoich emocji i przeżyć.



Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy,
Dla mnie aparat jest kliszą duszy i niezmiernie mi miło, jeśli mówicie, że zdjęcia przekazują emocje, uczucia, historie.

A ja sobie dalej tylko pstrykam...