Włóczykij Kaczkowska: Obserwacje: "Nie umiem przyjmować komplementów"

Obserwacje: "Nie umiem przyjmować komplementów"







"Wiesz... gdy się jest bardzo smutnym, lubi się zachody słońca..."

Antoine de Saint-Exupéry  "Mały Książę"









Minęło już trochę czasu od wpisu o jesieni.
Nie wspominałam, ale centralnie mnie zamurowało.
Mur. Beton. Kafelki.


Wmawiam sobie, że potrafię przyjmować te wszystkie komplementy. Słowa otuchy. Słowa wsparcia.
Że potrafię być wiecznie opanowana. Że potrafię się otworzyć, dać się poznać. Dać się polubić.

Mój wewnętrzny Włóczykij to nie tylko nieśmiały, nieoswojony zwierz.
To istota melancholijna. Często zbyt poważna. Zbyt głęboka.
Szczęśliwe stworzenie, które zna swoją wartość przed samą sobą. W styczności z otoczeniem prawdopodobnie wychodzi na jaw jego nieśmiałość i nieumiejętność przyjmowania komplementów.


Bo ja komplementów przyjmować nie umiem w ogóle.











W rozmowie z dobrą koleżanką bardzo spontanicznie opisałam siebie jako (uwaga!) lody na patyku.
Ha! Dobry żarcik na poziomie Kaczkowskiej.

A tak serio to często, kiedy chcę coś zobrazować w rozmowie, posługuję się przykładem. Nierealnym porównaniem.
Tym razem były to owe śmietankowe lody, oblane polewą jeżynową z malinowym nadzieniem.

Poznanie mnie to coś w rodzaju poznania smaku jeżynowej polewy, ewentualnie cierpliwie odnalazłeś trochę śmietanki. Mało prawdopodobne, że starczy Ci cierpliwości, aby brnąć w nią dalej.

Jak już nam się zdarzyło rozmawiać to może i poznałeś następny smak.
Mało prawdopodobne, ale jednak. Może nawet myślisz, że mnie znasz.
Chociaż...

Dobra, dobra, ale pewnie się zastanawiasz, co z tym wnętrzem, nadzieniem? A no właśnie...
Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć osoby, które znają jego smak. Nie jest to równoznaczne z pustym patyczkiem na końcu.
Nie.




Teraz, żeby nie było.
Tak na prawdę to kupuję w większości lody grejpfrutowe, cytrynowe lub kokosowe.
Daleko mi do jeżyny, śmietanki, maliny.

Ale wróćmy do komplementów...










Najgorzej to jest z komplementami od facetów. Kobitki to kobitki, jak mi koleżanka rzuci, że schudłam to prawdopodobnie nie uwierzę i koniec.

Najgorzej jest z komplementami od znajomych.
Niby nie znamy się dobrze, niby nie rozmawiamy zbyt często

Nagle osobnik czy osobniczka wypala, że oglądała zdjęcia.
Czytała bloga.
O zgrozo, czytał(-a) bloga!

I po robocie.
Karta "incognito" zamknięta. Na jaw wychodzi jaka jestem.
Jestem Włóczykijem. Jestem nieśmiała.






Podeszła do mnie ostatnio koleżanka z klasy, Ola.
Powiedziała, że ten post o jesieni (klik!) był super.
Byłam chora i nie mogła mi tego powiedzieć od razu, ale musiała, nawet po upływie kilku tygodni.

A no to Kaczkowska rumieni się jak ćwikła z buraków i mamroczy pod nosem jakieś słowa podziękowania.
Czasem się jeszcze uśmiechnie albo rzuci żarcikiem. 




Na wakacjach usłyszałam komplement. Jeden z niewielu, które faceci powiedzieli mi do tej pory twarzą w twarz. Szczerze.

Kolega podszedł do mnie i pochwalił zdjęcia. Trochę mnie zamurowało. Trochę bardzo.
 Zapamiętałam tylko tyle, że ogląda je czasem z siostrą i uważa, że są dobre.
Podziękowałam, spuściłam wzrok.
Jestem prawie pewna, że wyglądałam maksymalnie żałośnie. Śmiesznie, jak na Kaczkowską przystało.

Kolega nie czyta (chyba) to może uniknę uznania mnie za skończoną idiotkę.
Jeśli czyta to oby nie domyślił się, że to o nim (nie pisałam tego tak ogólnikowo bez powodu).
Żyję w przekonaniu, że nie przeczyta.
Tyle w temacie.




Po poście o jesieni dostałam również odzew od kilkunastu koleżanek i kilku kolegów, którzy napisali, że czytają bloga. Nie będę ich tu teraz wszystkich wymieniać.
Pozbierałam szczękę z podłogi, odpisałam, że dziękuję.

Serio Wam dziękuję, jeśli dobrnęliście do tego momentu. Dziękuję.

Wiedzcie, że Kaczkowska słucha.
Dobrym słuchaczem jestem i dobrym obserwatorem również.

Ale wiecie.
Zostańmy nieświadomi. Zostańmy anonimowi.





Tak, to "dziękuję" i "nie spodziewałam się" stały się ostatnio jedynymi słowami, które potrafię wypowiedzieć w sytuacjach, kiedy ktoś mnie komplementuje.
Ostatnimi deskami ratunku.
Kołami ratunkowymi.
Jestem opanowanym człowiekiem, ale komplementy mnie paraliżują. Może to wrodzony brak wiary w siebie lub skrywana nieśmiałość.

Ja po prostu nie umiem przyjmować komplementów. Nie potrafię.
Nie jestem wszechstronnie uzdolniona.









Dziwnym zbiegiem okoliczności, jest wokół mnie dużo dobrych ludzi.
W ogóle dobra pogoda (wtedy jak pada, też). Stabilna sytuacja.
Dobrze jest cieszyć się dniem i nie myśleć o najbliższym roku.
Dobrze jest w końcu odnajdywać siebie.
Czytać, pisać, marzyć.

Nie zmieniają tego nawet słabe oceny. Mocne oceny.

Nigdzie nie czuję się tak dobrze jak przy Reżyserze. U Niego tak spokojnie. Z Nim lepiej.
Nigdzie mi nie jest tak dobrze jak w domu. Tak dobrze jak w lesie.
Dobrze.

Dobrze jest żyć.








W tym wszystkim zamówiłam wełnianą czapkę za ostatnią wypłatę. Pożytecznie dałam uzdolnionej dziewczynie zarobić i zacieram rączki. Nie zmarznę tej zimy w głowę w akrylowej czapce z sieciówki.
Cieszmy się i radujmy!

W jednym ze szmateksów z "sekond hendów" zgarnęłam kaszmirowy golf.
Wciąż dużo czytam o przemyśle odzieżowym, naturalnej pielęgnacji skóry. Z tej strony mnie jeszcze nie znacie.


Otulam się ciepłem bijącym od kaloryfera i ocieplanej kurtki.
Oficjalnie mam jesień.
Jestem jesienią.
Kocham jesień.

Włóczykij w swoim żywiole.
Jeszcze tylko droga przez las. Kubek gorącej kawy. Bordowa szminka.
Liście. Koc.
Nie mam wełnianego, dwumetrowego szala.




Tak niewiele potrzeba.
Tak niewiele.

I wciąż nie potrafię przyjmować komplementów...




8 komentarzy: